Kill Team: Lokalna LIGA – część 1-wsza

battlereport

Całkiem niedawno zakończyłem swój udział w lokalnej mini lidze Kill Team. Była to rozgrywka drużynowa, co miało swoje zalety jak i wady.

Postanowiłem wam opisać pokrótce jak mi poszło. Nie będą to szczegółowe raporty bitewne. Raczej ogólny raport sytuacyjny z rozgrywek, kilka spostrzeżeń okraszonych zdjęciami i na koniec moje ogólne wrażenia.

Zdjęcia niestety nie będą rewelacyjne bo w większości robiłem je telefonem. Jakoś ciągle mam nadzieję, że bez aparatu też da rady :D.

Zacznę od tego, że grałem orkami. Nie bardzo miałem na nich pomysł, w sensie jak grać. Znaczy to może nie do końca prawda, wiodącym motywem oczywiście miało być WAAAGH! i na wroga :).

Zanim zaczęła się liga, rozegrałem kilka partii próbnych. Było ich w sumie 4. O jednej z nich możecie poczytać TUTAJ. Dwie wcześniejsze (wszystkie 4 były przeciwko Adeptus Mechanicus) potoczyły się podobnie. Zostałem rozstrzelany zanim cokolwiek osiągnąłem. Przed ostatnią potyczką, zacząłem się zastanawiać co tu zmienić. Grałem, jak mniej więcej wszyscy orkowi dowódcy, których mogłem znaleźć w necie. Specjaliści to głównie combat, demolition, heavy…i wtedy mnie oświeciło. Zapewne teraz już wszyscy na to wpadli, ale te parę miesięcy temu nie było to takie oczywiste. Fantastycznym wyborem specjalisty dla orków jest veteran!

Zaopatrzony w „nową strategię” poprosiłem mojego „domowego przeciwnika” o następny mecz. Nie pamiętam jaki dokładnie scenariusz graliśmy, ale chodziło o kontrolowanie znaczników.

Potoczył się on zgoła inaczej. Mój veteran(Ork kommando Nob z PowerKlaw), w pierwszej turze wpadł pomiędzy zdziwionych cyborgów i rozpoczęła się rzeź! Mechanicus’y ostrzeliwały się dzielnie na flankach, ale ich środek szybko przestał istnieć. Dowódca i jeszcze jeden zdolny do walki wręcz cyborg umarli jako pierwsi. Następnie mój rozentuzjazmowany Nob „konsolidował” się do następnych celów, a w między czasie do walki włączała się reszta „chopaków”.

Udała mi się nawet popisowa akcja jednego ze zwykłych orków. W walce wręcz z 3-ma Mechanicusami odpalił „Itchin for a fight”, co dało mu w sumie 6 (sic!) ataków.

Całość zakończyła się w turze 3 bodajże. Przytłaczające zwycięstwo orków. Pierwsze „ever” :).

Kilka zdjęć z tej pamiętnej bitki.

Tak że, nieco podniesiony na duchu przystąpiłem do grania ligowego. Za partnera miałem Patrycjusza – sławnego AoS-owego power-zapinacza-playera ;). Grał on Thousand Sons’ami.

Całość wyglądała tak, że do zagrania były dwa mecze na drużynę na rundę (każdy po jednym). Między graczami ustalane było kto gra jaki scenariusz. Było to o tyle dobre, że można było wybierać co danemu Team’owi bardziej odpowiada. Ja zostawiałem dla Patrycjusza mecze gdzie przegrywało się automatycznie gdy drużyna była „złamana”. Z moim LD i save’em n 6+ wolałem sobie odpuścić tę przyjemność.

Mecz 1

Trafiłem na „Death Watch”. Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony było ich raczej niewielu na moich 12 orków. Z innej strony mieli „Frag Cannon” i kolesia z tarczą i  Inv. savem na 3+…

Niestety nie mam żadnych zdjęć z tego meczu. Potoczył się on jednak mniej więcej tak…

Przegrałam rzut o inicjatywę, zastosowałem jednak „Dcisive Move” za CP i mój veteran wpakował się na commandera „spejsnych marinsów”. Przeciwnik zastosował nieco podobną taktykę i jego Black Shield wtargnął w środek moich nacierających boyzów. Jednocześnie jego Fragcannon strannie starał się zająć pozycję do ostrzału moich „chopaków”. Cały ten plan legł w gruzach, gdy moje „burny” spopieliły drania na skwarek. Uffff jednego dzida mniej :).

Pomimo udanej szarży mój Nob veteran, z PowerKaw’em nie był w stanie ubić commandera przeciwnika. Ten zaś, w rewanżu nie mógł uśmiercić mojego orka. I tak trwali…w śmiertelnej walce Ork Nob i DeathWatch „spejs marin” okładając się niemiłosiernie podczas gdy dookoła nich wrzała śmiertelna walka/strzelanina…

BlackShield może i ma inv. save na 3+, ale jak to mówią „Gdy orków kupa to i herkules …upa”. Owego „marinsowego” bohatera otoczyło tylu, ilu się zmieściło. Okładali go tak długo, aż w końcu jego save’y zawiodły i zszedł był paskuda z tego świata –  ku wielkiej radości moich zielonych „chopkaów”.

Generalnie bitwa skończyła się moim zwycięstwem. Na stole nie został ani jeden „śmiercio-gwardzista”. Żywy znaczy się. Straciłem 4 orków. Nieźle.

Bitwę mogę podsumować tak. Mój przeciwnik miał nie najgorszy pomysł, o ile dobrze wnioskuje. Swoimi walczącymi wręcz postaciami, starał się zablokować jak najwięcej mojej „zielonej fali”. Pozostali mieli za zadanie mnie wystrzelać. Było ich jednak za mało by wziąć na cel całkiem sporo orków. Musze też przyznać że, rzuty na save’y mój przeciwnik miał tragiczne! No coż…takie życie ;). Żaden szanujący się ork nie wzgardzi tego typu wsparciem, płynącym od przeciwnika…

Napomknę tylko, że mój partner drużynowy Patrycjusz, również wygrał swój mecz. Dobra nasza! 😀

Mecz 2

Trafiłem na Chaos Astrartes, czy jak ta hołota się tam obecnie nazywa :). Drużyna składała się z kilku chaos marines i sporej liczby kultystów. To mnie niepokoiło. Jak wiadomo moje orki mają save ala podkoszulek: 6+. Nie trzeba na nich wymyślnych broni z wysokim AP, wręcz przeciwnie. W takie właśnie bronie wyposażeni byli owi kultyści…

No ale cóż, trza grać i już… Nie żebym zamierzał jakoś zmienić swoje podejście „strategiczne”. „Dlategoż ponieważ”, po losowaniu stron, rozstawieniu i całej reszcie – przystąpiłem do realizacji swojej „strategii” opartej na veteranie :D.

W turze numer 1-en ork Nob Kommandos z powodzeniem zaszarżował szeregi „chaośników”, wywołując tym spore zdziwienie. Jeszcze większe zdziwienie spowodował fakt, że w tej samej turze swoimi „PowerNożyczkami” pozbawił życia dowódcę chaos marines’owego. Wkrótce do akcji włączył się drugi Nob (z duuuużą chopa’ą) i „chaos boys” zaczęli umierać jeszcze szybciej.

Skłamał bym jednak, jakbym powiedział że szło całkiem łatwo. Jak przewidziałem kultyści dawali mi ostro popalić. W środku pola zacząłem tracić „chopaków” ostrzeliwanych z różnorakiej broni.  Najgorszy był obdartus/kultysta z Heavy Stubberem! Kładł trupem moich orków jak się patrzy! Nie dość tego(!), gdy wreszcie owego drania dopadł jeden z moich, kultysta bezczelnie zatłukł go swoim orężem – żeby była jasność moje 3 ataki siła 4 przeciwko jego 1-dnemu atakowi z siłą 3 na mój „toughnes” 4 :/.

Zniewagą też był fakt, że mój Kommnado Nob, w mig rozniósł na strzępy ze 2-óch choas marines’ów po czym przez 2 tury nie mógł się rozprawić z kultystą. Widać się zmęczył bidulek…

Pod koniec było ciężko i byłem już na skraju… Jako ork zniżyłem się nawet do czegoś takiego jak „manewr oskrzydlający” :).

Koniec końców orki dały radę(!) i odniosłem zwycięstwo. Całkiem, całkiem…

Patrycjusz również wygrał.

Kilka fotek z tego meczu:

 

Po tej bitwie zacząłem dochodzić do wniosku, że „jakość” jeśli chodzi o drużynę orków to ułuda w większości. BurnaBoy jest niewątpliwie lepszy od zwykłego boyza. Problem w tym, że kosztuje 2x więcej a umiera równie szybko. Szybciej nawet bo jest pierwszorzędnym celem. Ze smutkiem stwierdziłem, że chyba niektóre postaci będą musiały „grzać ławę” w następnych meczach.

Mecz 3

Tutaj niestety wydarzył się spory zgrzyt. Nie mogliśmy się dogadać z drużyną przeciwną ( a oni z nami) co do terminów rozgrywek. W rezultacie żaden mecz nie doszedł do skutku… I my i drużyna przeciwna opuściliśmy całą kolejkę. Smutek. Tutaj muszę parę słów o tej sytuacji. Poprosiliśmy o przedłużenie terminu o, bodajże 2 dni. Dostaliśmy odpowiedź odmowną. Nie zgadzam się z takim podejściem do, jakby nie było zabawy. Liga jest dla ludzi a nie ludzie dla ligi. Uważam że, organizator powinien był chociaż zapytać pozostałych uczestników czy mają coś przeciwko przedłużeniu tury.  Z drugiej jednak strony, zasady były znane i skoro organizator powiedział „nie” to nie i koniec. Jego prawo, choć jak napisałem jak bym tak nie postąpił. Nie obrażam się. Dowiedziałem się, że drużyna przeciwna tego tak nie odebrała i ….”zapięła focha”.  Z tego co wiem, to przestali odpowiadać na „bodźce” i więcej już z nikim nie zagrali*. Tego nie pochwalam jeszcze bardziej! To już jest totalne psucie zabawy wszystkim!

 

I to na tyle w tym „epizodzie”. Pozostałe 3 mecze w następnym „odcinku”, tak  że obserwujcie mój blog jeśli chcecie się dowiedzieć jak zakończyły się „moje boje”

 

Do następnego razu…

 

 

*istnieje możliwość, że moje info nie jest prawdziwe co do zaistniałej sytuacji. Jeśli tak jest to z góry przepraszam rzeczoną drużynę.

 

 

Reklamy

Kill Team: Raport bitewny 100 pkt. Orks vs Adeptus Mechanicus

battlereport

Rozegrałem niedawno bitwę moimi Orkami przeciwko przebrzydłym cyborgom z Marsa :).

To była nasza druga rozgrywka w tej konfiguracji. W pierwszej, moje orki zostały rozstrzelane dosłownie na kawałki. Jedyna ofiara po stronie Mechanicusów pochodziła od wybuchu własnej plazmy.

Bitwa druga. Graliśmy „Terror Tactics”. No cóż poszło podobnie. Zostałem „zbrejkowany” jako pierwszy. Jednak bitwa miała sporo dramatyzmu i generalnie oboje z Varatanem świetnie się bawiliśmy.

Trochę to wyglądało jak bitwa rozegrana w I wojnie światowej :). Orki na „gwizdek” wyskoczyły z okopu i ruszyły do ataku. Spotkał je huraganowy ogień wyznawców Omnisajasza. Pomimo wielkiej odwagi (he he) zielono-skórych nie było ich wystarczająco dużo by przełamać opór wroga. No cóż… może następnym razem :).

A teraz kilka zdjęć z tego wiekopomnego zdarzenia:

Do następnego razu…

Kill Team WH40K: Małe i duże

piedestal

 

grots

Moja drużyna orków do KT skończona! Znaczy, pewnie nigdy nie będzie całkiem skończona, bo dochodzić będą nowi członkowie. Wersja „wyjściowa” jest w każdym razie gotowa do bitki! 😀

A oto i ostatni członkowie gangu. Jak o pierwszy, jedyny członek z imieniem (jak na razie): Babadook

Babadook jest przywódcą całej bandy i  ulubieńcem/talizmanem wielkiego Warbosa Borzaga. Ów warboss uznał, że postawienia grota na czele „operacji specjalnych” to dobry żart. Jednocześnie w ten sposób, Borzag chciał pokazać, że jest SZEFEM i może robić co mu się żywnie podoba. Dodatkowo cała sytuacja wywołuje salwy dzikiego rechotu u Borzaga i Nobzó’w. Nie codziennie można oglądać grota piskliwie popędzającego  grupę orków.
Jak na grota, Babadook jest całkiem duży, co nie zmienia faktu, że żaden szanujący się  ork nie słuchał by jego rozkazów – a przynajmniej nie wtedy, gdy SZEFA nie ma w pobliżu.

Po piątej próbie mordu, Borzag zrozumiał, że jeśli Babadook ma przeżyć to musi mieć ochroniarza.

Tą rolę otrzymał największy (i najgłupszy) Nobz w całym Waaagh(!), ślepo posłuszny SZEFOWI. Nie spuszcza on Babadooka z oczu i za pomocą niewybrednych argumentów zapewnia posłuszeństwo na akcjach. 🙂

Oto i on:

To był taki mały „flufik: by uzasadnić goblina jako lidera mojej drużyny :).

Teraz pozostali członkowie bandy.

Ork Kommando Nobz:

To figurka, którą konwertowałem dawno temu (tutaj można zobaczyć). To ten pan pierwszy od góry. Zmieniłem mu głowę, dodałem plecak i przemalowałem portki by pasował do pozostałych komandosów.

Są też trzy groty. Nie znęcałem się nad nimi (malarsko) zbytnio. Oto i one:

I na koniec dwóch zwyklaków, orkowych chopaków. Też bez fajerwerków. To figurki które malowałem dawno temu w grupie 30, tak że standard był nie za wysoki. Liczyła się ilość. Trochę ich podciągnąłem by nie odstawali od reszty.

Nie bardzo też wiem na jaki podstawki tych zwykłych boyzów wpychać. Oczekuje zmiany na 32 wraz z nowym kodeksem. Dlatego też użyłem na razie starych figurek na 25-tkach.

I to tyle.

Do następnego razu…